Podnoś kulturę

…a nie tylko kolejne kilogramy na sztandze. Zasada jest prosta i napięta jak linka wyciągu. Im większa i bardziej renomowana siłownia, tym mniej kultury. Nie fizycznej, tylko osobistej.

Stać cię na drogi karnet, ale na powiedzenie: „cześć” po wejściu do szatni, już nie? Masz opaskę na ręku, więc możesz darować sobie odkładanie krążków na miejsce? Jasne, zrobią to za ciebie dziewczyny z recepcji. Mają trochę więcej siły.

Nie rozumiem skąd ta durna bufonada. Z każdym kolejnym powtórzeniem ćwiczenia, u niektórych ludzi na siłowni, rośnie również ich ego. Wprost proporcjonalnie do mięśni. Prężą się przed lustrem, jak koty. Prawdziwe tygrysy w złotej klatce. Chodzą tam i z powrotem po wydzielonej przestrzeni. Przyglądają się sobie i obwąchują: biceps, triceps, klatka…

Moja pierwsza siłka? Brudna i śmierdząca piwnica w biedadzielnicy. Ojciec kumpla pracował na tokarce. Przytargał kilka stalowych prętów i krążków. Dwie ławeczki domowej roboty, plakat Arnolda na ścianie i lustra po babci. Miniwieża z komunii…

Wtedy, kilkanaście lat temu, raczej nie używano słowa fitness, a kardio kojarzyło się z chorobą serca. Wszyscy wkładali mnóstwo serca w ćwiczenia. Kilkunastu chłopaków. Rotacja jak w mięsnym i szacunek do siebie nawzajem. Wyciągnięta dłoń na przywitanie, gadki o golfie II i łatwych dziewczynach. Te trudniejsze, zostawialiśmy dla siebie. Wspólne sprzątanie i wyjazdy na imprezę. Siłownia – kilka razy w tygodniu…

Dzisiaj też. Ale jest inaczej. Pręty i krążki zastąpione przez profesjonalne maszyny. Nie ma kumpli, tylko roboty, powtarzające te same czynności z zegarkiem w ręku. Bez słowa, za to ze słuchawkami w uszach. Potem fotka na fejsie polubiona przez ludzi, których nie poznaje na ulicy

Brak Komentarzy

Odpowiedz