Na nic wodoodporność, gdy telefony płoną

Coś pomiędzy mną a samsungiem się wypaliło. Niestety, znacznie więcej niż piksele na moim rocznym S7. Jak się później okazało, prócz ekranów w telefonach, ich serwis gwarancyjny jest niemniej chujowy.

– Tak, wymienimy pana wyświetlacz – powiedział serwisant, po czym obrócił telefon i dodał – Niestety jest małe pęknięcie na aparacie fotograficznym, więc telefon nie przejdzie testu wodoodporności, który jest konieczny po wymianie wyświetlacza. Koszt naprawy aparatu – 240 zł.
– Ale ja nie chcę wymiany aparatu (która działa bez zarzutu) tylko ekranu z drugiej strony. I nie potrzebuje żadnego testu wodoodporności, bo nie jestem jebanym rekinem i nie rozmawiam pod wodą – pomyślałem.
– Niestety, test odporności jest konieczny – zakończył sprawę serwisant.

To tak, jakby odmówiono wymiany uszkodzonego silnika samochodu, bo w trakcie obowiązkowej myjni, będzie przeciekać woda do pękniętego reflektora.
To szczyt absurdu. Everest wyłudzania pieniędzy! Ale zaraz… skoro za telefon wart około 2 tys., zapłaciłem 3,5 tys. to chyba już raz okazałem naiwniakiem, więc dlaczego mają przestać ruchać takich ludzi, jak ja?

Nie, na koniec nie napiszę, że to mój ostatni sprzęt marki Samsung Mobile. Bo to oczywiste i na nikim nie zrobi wrażenia. Tym bardziej na samym producencie. Mam po prostu nadzieję, że praktyki stosowane przez Samsung doprowadzą firmę do poważniejszych problemów. Przykład Galaxy Note 7 pokazał, że może to nastąpić w każdej chwili. Na nic wodoodporność, gdy telefony płoną.

Brak Komentarzy

Odpowiedz