Jak zostałem agentem Mosadu

To miały być szybkie zakupy bez historii, a skończyło się na wpisie. Ten dyskont jeszcze niedawno reklamował się hasłem – wszyscy jesteśmy drużyną narodową. Jak mogłem o tym zapomnieć. Dziś, w czasach, gdy wszystko jest przecież niezłomnie narodowe. Od amerykańskiego bejsbola z znakiem Polski Walczącej, po żydowską królową Polski. Ale do rzeczy, a właściwie do kasy.

Na taśmie obok mnie leżą 4 banany w siatce i paczka pomidorów. Cierpliwie czekam na swoją kolej. Nagle podchodzi gość ze świecą. Ale nie ten ze znanego powodzenia. Nikt niezwykły. Raczej typowy, o czym przekonam się już za chwilę.

– Proszę Pana – zaczyna. – Mam tylko jedną rzecz, czy może mnie Pan wpuścić przed siebie, do kolejki.

Też to znacie, prawda. Tym razem jednak, przed ustąpieniem miejsca postanowiłem zagaić rozmowę. – A ja mam dwie, banany i pomidory – odparłem z humorem.

Facet ze świecą nie pojął żartu. – Ty żydzie – wypalił śmiertelnie poważnie. – Ty żydku, dobrze was tam szkolą – dodał bez pardonu i odszedł.

 

Brak Komentarzy

Odpowiedz